Rodzic w kryzysie
Rodzic w kryzysie - to projekt, który ma na celu wsparcie terapeutyczno-psychologiczne rodziców po śmierci dziecka. To nasza cicha rozmowa z nimi. Wierzę, że rozmowa z drugim człowiekiem , nawet na najtrudniejsze na świecie tematy, jest wartościowa, otwiera nasze wnętrza, pomaga pewne stany odczuwanych uczuć nazwać, zrozumieć, przemyśleć, uzewnętrznić. I myślę, że ten właśnie proces "wyrzucenia emocji i przemyśleń" na zewnątrz jest kojące i w pewnym stopniu działa jak autoterapia.
Pierwszym etapem projektu jest publikacja tych właśnie rozmów.
Ania.
Mama trójki dzieci. Mama po stracie synka Ignasia. Mama w żałobie. Mama, która chce nieść pomoc innym rodzicom, którzy doświadczyli śmierci swojego dziecka.
Zapraszamy.
Sara Duszczyk dyrektor Fundacji „Agnieszka” - Aniu Twój synek umarł. Na jakim etapie przeżywania żałoby jesteś dzisiaj?
Ania Juszczak - Tak. Trudna odpowiedź. Wszakże byłam przekonana, że nigdy nie będę mogła rozmawiać na ten temat bez łez. A jednak. Piszę i nie płaczę. Nie twierdzę, że już nie płaczę. Są dni kiedy płaczę.Lecz ów płacz jest znacznie krótszy niż wcześniej i nie tak głęboki. Myślę, że jestem na etapie Akceptacji. To końcowy etap żałoby.Nie mam wyjścia muszę ten fakt zaakceptować jeśli mam nadal tu być. A czuję, że moja droga nie bez powodu została zmieniona. Nie wiem czy wspomniałam lecz dwa tygodnie przed odejściem Ignasia wykonałam telefon do mojej mamy i ni stąd ni z owąd zadałam pytanie ; Mamo czy gdyby coś mi się stało i Ignasiowi czy możemy być pochowani w grobie u taty? Do dziś nie wiem dlaczego je zadałam. Ale wiem, że nic nie dzieję się bez przyczyny.
Tak, odpowiedź brzmi Akceptacja.
Sara - Czy na nowo zdefiniowałaś Siebie jako matkę? Chodzi mi o to, czy myślisz o sobie, że jesteś mamą ? Czy, że byłaś mamą?
Ania - Jak najbardziej jestem mamą trójki dzieci. I nawet gdybym miała tylko Ignasia, myślę że czułabym tak samo, że jestem mamą. Choć dzisiaj wiem, że bardzo wiele zrobiłabym inaczej wiem też, że jest to normalny etap przemijającego czasu, naszego codziennego „dojrzewania”, „dorastania” do roli rodzica.
Sara - Aniu. Czy nauczyłaś się już życia bez syna u boku? w innej przestrzeni, w nowej rzeczywistości? czy odnalazłaś spokój i pomysł na siebie?
Ania - proces nauki, przystosowania się raczej jeszcze trwa, obawiam się że to proces ciągły. Myślę tak dlatego bo nigdy nie wymarzę z pamięci życia dziecka., mojego dziecka. Codziennie o nim myślę, wspominam, patrzę w niebo ale już nie w parze ze smutkiem. Odbieram to uczucie jako spokój. Tak z pewnością jest to spokój. Może dlatego, że wiem i wierzę ,że już Ignasia nie boli. Jest to dla mnie osobiste ukojenie a nawet czuje wdzięczność. Bezradność w tych sytuacjach była okrutna.
Czy mam pomysł na siebie? Nadal szukam i czuję za plecami coś. Hmm... nie umiem tego nazwać ale jest to coś dobrego.
Sara - mówi się, że cierpienie hartuje, buduje, że stajemy się silniejsi. Ja się z tą tezą nie zgadzam. Uważam, że kobiety są bardzo silne, zadaniowe, że kosztem swojego zdrowia psychicznego zniosą bardzo wiele. Co o tym sądzisz? Czy po kilkunastu latach opieki nad niepełnosprawnym, niechodzącym synem, dostrzegasz życiowy in minus?
Ania
- Czym dla mnie było szczęście będąc z Ignasiem - tak mam obecnie inne spostrzeżenia. Wtedy było inaczej. Zawsze towarzyszył mi strach, niepokój i troska w myślach non stop- dosłownie non stop. O bezpieczeństwo, o zdrowie, o radość taką naturalną i prawdziwą. Bardzo bolało mnie, że mój syn nie miał przyjaciela tu na ziemi. Ile można spędzać czas z mamą?! Mam z tym doświadczenie bardzo osobiste. W trakcie rozmowy z Ignasiem za pomocą alternatywnej komunikacji PCS Ignaś powiedział: CHCIAŁBYM MIEĆ KOLEGĘ, Z KTÓRYM BĘDĘ CHODZIŁ NA SPACERY. I tu jest to szczęście. Szczęście dla mnie było wtedy gdy potrafiłam sprostać oczekiwaniom własnego dziecka. Założyłam grupę na FB , odezwało się mnóstwo osób chętnych poznać mojego syna. Poszła informacja w eter , gdzie też mieliśmy nagrać wywiad radiowy na ten temat. Trochę los nam wtedy nie sprzyjał. Wybuchła pandemia i sprawa obumarła. Ludzie się bali, ja też się bałam. I wkrótce Ignaś zdecydował sam poszukać sobie przyjaciela. Odszedł. Wierzę, że Jezus jest Jego Przyjacielem niezastąpionym. Szczęście wtedy dla mnie to zrozumieć własne, niemówiące dziecko. Zrozumieć Go. Czego potrzebuję, co jest dzisiaj nie tak. Widzieć kiedy się śmiał, spontanicznie i nie tylko, z filmu, bajki, korzystając z trampoliny, jeżdżąc na specjalnej przyczepce, na nartach, kiedy się wysypiał, nie budził w nocy, gdy nie cierpiał, i był akceptowany, traktowany na równi. Był zauważany przez innych. Odbierany jak każdy z nas , że ma potrzeby i swoje problemy. Bo choć nie było dialogu dwukierunkowego to zawsze były uczucia, bardzo prawdziwe szczególnie ze strony Ignasia.
Obecne szczęście dla mnie? Jest podobnie jeśli chodzi o dzieci, czyli przede wszystkim dobro dla dzieci ich bezpieczeństwo i szczęście. Kiedy wszystko jest spełnione, zapewnione, wysłuchane, wykochane ale też zadbany czas dla siebie. Już nie towarzyszy mi codzienny niepokój. Czytając książkę, oglądając ulubiony film, idąc na spacer. Dostrzegając własne potrzeby. Dostrzegając co mnie cieszy, co lubię czego nie. Uczę się siebie od nowa. Uczę się siebie pokochać, lubić. Nigdy nie miałam na to czasu- tak myślałam. Prawda jest inna. Nigdy nie chciałam tego lub też uważałam, że ja to drugie a nawet trzecie miejsce. Dzieci na piedestale. Ignaś na piedestale.
Szczęście dzisiaj dla mnie to budzić się rano w swoim łóżku, móc widzieć, oddychać, cieszyć się małymi rzeczami. Móc dostrzec małe rzeczy, umieć być wdzięcznym za nie tak prawdziwie wdzięcznym. Szczęście dla mnie to pewność siebie, że robię to co lubię, że jestem pewna swych kroków a to dla mnie duże wyzwanie.
Tak zepchnęłam swoje życie na tor, na której nie było nawet małej ścieżki. Totalnie oddana. Dzień i noc. Co ważne nie jest mi dzisiaj z tym źle, że tak było. Zrobiłabym jeszcze więcej ale już inaczej.Zadzwonił dzwon mojej świadomości gdy dotarło do mnie po kilku tygodniach, że już nie mam tego życia, że nie mam pojęcia co zrobić z własnymi rękoma. Co dalej. Jak tu żyć, dokąd pójść. Myślę, że są to normalne pytania każdej osoby w chwili tak ważnej nieodwracalnej straty.
Tak zrobiłabym wszystko zupełnie inaczej niż wtedy. Lecz myślę, że gdyby nawet inaczej to przebudzenie z życia następuje zawsze. To normalne. W mojej sytuacji było o tyle źle, że nie byłam przygotowana zawodowo. I jestem przekonana, że takich rodziców jest tysiące. Pomimo aktywności przed narodzeniem synka to po tylu latach już nie byłam przecież tamtą osobą. Nastąpiły też inne okoliczności, czasy, możliwości. Totalnie nie odnajdowałam się w swoim zawodzie. A pracę niestety trzeba podjąć i to o tyle nie jest to w ogóle przemyślane w naszym systemie, że należy to zrobić po sześciu miesiącach “rozstania”.
I tu jest to zaskoczenie, przed którym chcę ostrzec inne matki , innych ojców. Nie zawsze będzie tak jak byśmy chcieli. Jak sobie wyobrażamy. Trzeba być przygotowanym. Na wszystko nawet jeśli nie jesteśmy gotowi bo nigdy nie będziemy. I przecież nigdy tego nie chcemy.Żeby się nie zatracić w życiu w którym jesteśmy , które w każdej chwili może zniknąć należy dbać o siebie. Aby było prościej nie łatwiej ale prościej. Łatwo nigdy nie będzie. Dążę do tego by powiedzieć wprost “celebruj siebie“. To nie egoizm. Nie. Nie. Wiem jak to brzmi. “Łatwo jej mówić” To samo przerabiałam. Ale żeby nie obudzić się zbyt późno to właśnie dbaj o siebie każdego dnia. Wystarczy 15 minut, 30, godzinkę. Poświęć tyle czasu dla siebie aby odpowiednio się wzmocnić.Pielęgnuj swój rozwój osobisty. Pielęgnuj to co kochasz robić, swoje zainteresowania, hobby. Pielęgnuj siebie. Nie dajcie się zwariować wręcz chce mi się krzyczeć: nie zatraćcie swojego ja. Owszem trzeba uczyć się wypośrodkować. Tak należy kochać swoje dzieci, dziecko z niepełnosprawnościami to oczywiste ale też należy kochać siebie. Umieć w tym natłoku spraw i trosk dostrzec siebie, swoje odbicie w lustrze.
Sara - Aniu. Co myślisz słysząc „matka w żałobie”?
Ania -
Jednym słowem - odrzucenie. Całkowite odrzucenie faktu połączony z wewnętrznym, rozwścieczonym, zrozpaczonym, rozerwanym na strzępy przepełniony goryczą, skrwawioną duszą, duszą , której jak na tamten moment nie do odzyskania- krzykiem Nie!!!! Nie!!!Nie!!! To nie jest możliwe!!!!To nie dzieję się, to nie jest prawda!!!. Kompletny rozsyp wszystkiego co do tej pory było. Kompletne zero istnienia. Beznadzieja. Totalna niechęć do życia.Nie ma na to słów.
Ból. Ból. Ból.
Niemoc. Niemoc.
Wszystkie skarby świata byłabym w stanie oddać wtedy aby móc cofnąć tą chwilę. Za wszelką cenę chcieć obudzić z tego snu. Tak. Do takiego stopnia było źle, że momentami myślałam, że to sen, że obudzę się i jest jak zawsze. Lub odwrotnie nie chciałam się obudzić. Bałam się kolejnego dnia. Bałam się kolejnego spotkania z rzeczywistością, moją świadomością. To był dramat, dramat. Za wszelką cenę chciałam żeby ktoś odemnie zabrał tą rzeczywistość.
Łzy w moim domu płynęły i same w sobie się topiły. Nie było naczynia, które zdołałyby to zebrać. Nie było końca. Tak czułam to wtedy. Dzisiaj z perspektywy czasu, patrząc na to z boku -rozumiem siebie. Tak to było konieczne. To było prawdziwe. Dzisiaj zgadzam się z tym, że czas goi rany. Jak najbardziej w tym przypadku nie wyleczy nigdy do końca. Nigdy, nigdy, nigdy się nie pogodzę z sytuacją, że moje dziecko odeszło, samotnie w tamtą drogę. Nie wiem dlaczego tak czułam lecz zawsze myślałam, że odejdziemy razem. Prześladowała mnie ta myśl bardzo długo. I być może było mi trudniej jeszcze bardziej, że Ignaś odszedł tam sam. Bał się? Nie wiem. Długo miałam myśli, uczucia, że bał się. Straszna obraza, złość na Jezusa, na bóstwa. Dlaczego na to pozwolił ? Czego ma mnie to nauczyć. Po części śmierć mojego dziecka odbieram jako Porażka. Nie dałam , nie zdążyłam dać wszystkiego, pokazać, przeżyć. Tak, tak czuję. Porażka. Jeśli się zagłębiam w uczucia czuję to bardzo mocno. Porażka.
Kocham mojego Synka nad życie. Tak. Tęsknię każdego dnia. Tak. Nawet czasami słyszę Go w oddali, w drugim pokoju…i wtedy dzwon w głowie. Przecież nie ma Ignasia. Dziewczyno obudź się. Ogarnij. Nic nie da się zrobić. Na pewne rzeczy nie masz wpływu. Lecz coraz częściej słysząc Jego głos uśmiecham się w głębi. Uważam, że jest to konieczne i dla Ignasia i dla nas tu, którzy zostali. Myślę też, że to uczucie świadomości i “niby” świadomości będzie trwało do końca moich dni. To dla mnie nieustający proces braku pogodzenia się z faktem.
Przeżyłam kolejne załamanie, rozczarowanie życiem, które mi dano. Było bardzo ciężko. Nic nie byłam w stanie robić. W końcu zdałam sobie sprawę, że staczam się w dół. Zdałam sobie sprawę, że mam rodzinę, która mnie potrzebuję. Zdałam sobie sprawę, że nie mogę, nie wolno mi teraz, w tym momencie, w tym okresie być egoistką. Rzeczywiście było mi wszystko jedno. Myślałam tylko o sobie o swojej rozpaczy, o tęsknocie za moim dzieckiem. Bardzo, bardzo, bardzo chciałam wtedy aby Jezus zabrał mnie stąd. Nie chciałam żyć. Nie widziałam, chęci, możliwości, sensu ani celu.
Udałam się na terapię, która raczej mi nie pomogła do końca ale rozmowy z terapeutą uświadomiły mi, że stanowczo nosiłam na sobie za dużo. Myślałam, że tak ma być.
Wtedy zaczęłam szukać w Internecie ścieżki wyjścia
Sara - Aniu opowiedz nam o swoim ukochanym dziecku.
Ania
- Tak jak w większości każda dojrzała kobieta chciałaby urodzić swoje ukochane dziecko, tak też było w moim przypadku. Oczekiwałam, pragnęłam i bardzo kochałam od samego początku.
Ignaś był dzieckiem tajemniczym pod względem swojej niepełnosprawności. Choroba nie zdiagnozowana do końca Jego życia.
Był cudowny choć było Mu bardzo trudno to okazać. Ten cud w skali jakiej powinniśmy zawsze widzieć przyznam, że i ja nie widziałam do momentu straty. Niestety doświadczenie bardzo powszechne Był dla mnie wszystkim. Nadzieją, radością, sensem istnienia. Choć było bardzo trudno zawsze dla mnie najważniejsze było aby każdego dnia spełnić, zapełnić Mu każdą chwilę w możliwy dla mnie i jak najpełniejszy sposób. Nie mówił, ale z każdym dniem coraz więcej się rozumieliśmy, to oczywiste. Chciał bardzo wiele. Tak to dzisiaj czuję i wtedy również. Chciał być taki jak wszyscy wokół. Często nie rozumiany. Chciał być sobą. Pokazać każdego dnia co mu się dzisiaj nie podoba, czym jest zmęczony. Było to bardzo trudne do odczytania. Był niesamowity w swojej prawdziwości. Był zawsze sobą. Nigdy nie udawał i to jest w tych dzieciach Innych niż my NIESAMOWITE. One zawsze pokazują swoje na daną chwilę, prawdziwe uczucia, jasną klarowną twarz, osobowość. Zawsze są sobą. My potrafimy “grać”.udawać, być czasami dobrymi aktorami bez skończonej szkoły aktorskiej by osiągnąć korzyści czy zaplanowany cel…To mnie zadziwia i uważam, że są, istotami od których powinniśmy się uczyć. Bycia sobą, bycia prawdziwym, żyć w prawdzie.
Gdy Ignaś danego dnia czegoś nie chciał zwyczajnie to okazywał złością. Gdy wszystko pasowało okazywał radością.
Ignaś uwielbiał ekstremalne “ wygłupy”. Uwielbiał to. Kochał szaleństwa. Szaleństwa typu skoki na trampolinie, zjazdy na specjalnych płozach na nartach. Nigdy nie udawał. Kiedy chciał wyrazić radość z jazdy na nartach zwyczajnie krzyczał radością. Kiedy chciał wyrazić zadowolenie na szybkiej jeździe przyczepką rowerową , zwyczajnie krzyczał aż ludzie się oglądali i myślę , że podziwiali. Nie musiał udawać bo był sobą. Kiedy piszczał ze szczęścia na płycie lodowiskowej to piszczał i wszystkich zachwycał jak można się dobrze bawić. Kiedy był znudzony lekcjami w szkole zwyczajnie zaczął chrapać. Był CUDOWNY w tym. Pomimo wielkiego jak dla mnie wysiłku zawsze pragnęłam wszystkiego co kocha zapewnić Mu.
Boże jak dałabym wiele żeby był z nami, ze mną. jeszcze gór nie zaliczyliśmy a to był mój kolejny cel.
Ignaś uwielbiał muzykę, śpiew, taniec. Wszystkich wujków na weselu wykańczał. Był zły kiedy trzeba było opuścić salę o trzeciej nad ranem. Kochał się bawić. Kochał radość. Uwielbiałam kiedy się śmiał. Mówiłam często , że śmiechem mógłby dobrze zarobić na kosztowną, codzienną rehabilitację. Niesamowite.
Brak mi Go cholernie. Pomimo ogromnego zmęczenia chętnie powtórzyłabym to z większą energią. Przykre, że dopiero i tak jest zawsze, wiemy o tym gdy to przemija. Dlatego chcę głośno wręcz krzyczeć do rodziców. Doceniajcie swój czas bycia z Aniołami. Dla mnie One wszystkie są Aniołami. Bo są prawdziwe. Niezastąpione. Wyjątkowe. Cudowne.
Często spotykam brak akceptacji swojego Anioła w rodzinie, swoim życiu. To ważne kochać Je całym sobą. Nie będę ukrywać, że ja również miałam z tym problem lecz tak naprawdę to nie potrafiłam do końca zaakceptować, pogodzić się z Jego chorobą.Osobiście bardzo mnie to wewnętrznie bolało i boli gdy widzę to u innych rodziców. Pewnych rzeczy, sytuacji nie pokonam, nie przeskoczę ale mogę uświadamiać bo tego doświadczyłam.
Wiem jakie popełniałam błędy, wiem co mnie blokowało, i chcę o tym mówić w ten sposób aby wspierać rodziców.
Paulina.
Mama dwójki dzieci. Mama po stracie córeczki Faustynki.
Mama, która mówi do nas nadzieją: cyt; " Dziś w końcu otwieram obraz mojej córeczki i czuję, że mogę pozwolić sobie jeszcze raz zapłakać nad tym bólem, dotknąć emocji, które przez wiele miesięcy starałam się ukrywać, i poczuć jej bliskość. Po tej rozmowie poczułam też siłę, by wrócić do pisania pamiętnika, który wcześniej porzuciłam, rozmowy w nim z Faustynką dawały mi poczucie więzi i bliskości."
Sara Duszczyk dyrektor Fundacji „Agnieszka” - Paulino, jesteś mamą. Wyjątkową mamą. Wiesz dlaczego? dlatego, że Jesteś z synkiem tu i teraz a córeczką Faustynką tu i teraz i Tam. Jesteś osobą wierzącą i świat "Tam" to dla Ciebie Niebo. Niebo, w którym Twoja nienarodzona córeczka jest bezpieczna, radosna, wolna, jest pod opieką Dobrego Boga. Czy wiara pomaga Ci przejść przez etapy przeżywania żałoby? Czy umacniasz się w niej? czy wręcz odwrotnie, wciąż zadajesz Bogu pytanie dlaczego?
Paulina - wiara pomaga mi przechodzić przez żałobę, ale bardziej na poziomie rozumu niż emocji; nie zadaję Bogu pytania „dlaczego”, raczej próbuję nauczyć się żyć z tym, co się wydarzyło. Rozumem wiem, że moja córka Faustynka jest, że jest bezpieczna i że wyprasza dla naszej rodziny Boże Miłosierdzie, nawet jeśli ja jeszcze nie potrafię zbudować z nią świadomej, emocjonalnej relacji. Emocjonalnie raczej próbuję przetrwać i czasem uciekam od bólu — nie rozmawiam z nią, nie poświęcam jej czasu, a obraz, który dostała od Iwony, nadal czeka nierozpakowany, bo dotykanie tych spraw jest dla mnie zbyt trudne. Do szpitala trafiłam w Wielki Piątek z krwawieniem; przy pierwszej ciąży miałam podobną sytuację, dlatego pojawiły się wyrzuty sumienia, zwłaszcza że przed świętami pochłaniała mnie praca, sprzątanie i organizacja wydarzenia, i myślałam, że to moja wina. Z czasem wybaczyłam sobie, bo lekarz jasno powiedział, że takie sytuacje się zdarzają i nie są konsekwencją moich działań. W Wielki Piątek leżałam bez ruchu w szpitalu, czekając, ponieważ mój organizm przygotował się do wcześniejszego porodu, a przy pierwszym badaniu Faustynka jeszcze żyła i jej serce biło, dlatego modliłam się, żeby nie umarła, mimo że lekarze nie dawali szans. W sobotę rano USG pokazało, że nie żyje, i pojechałam na zabieg, co było dla mnie łatwiejsze, ponieważ bardzo bałam się naturalnego porodu, bólu i zobaczenia jej martwej. W czasie świąt w szpitalu była Msza Święta, ale nie poszłam, bo nie byłam gotowa wtedy spotkać się z Panem Jezusem.
Sara - śmierć jest tematem tabu, jest ciszą i jest ucieczką od niej. Udajemy, że nie istnieje, zakłamujemy rzeczywistość, tchórzymy po prostu.Czy jesteś wyrozumiała w stosunku do otaczających Cię ludzi, którzy nie umieją, nie potrafią, lub boją się stanąć z Tobą twarzą w twarz i zwyczajnie po ludzku o twoim niewyobrażalnym cierpieniu porozmawiać?
Paulina - jestem wyrozumiała wobec ludzi, którzy nie potrafią lub boją się ze mną o tym rozmawiać, bo w moim domu rodzinnym emocje w trudnych sytuacjach nigdy nie były nazywane ani przeżywane, wszystko racjonalizowało się i po prostu przyjmowało, więc cisza była czymś normalnym, a nie brakiem miłości. Nie mam pretensji, bo rozumiem, że każdy ma swoje ograniczenia i własne mechanizmy obronne. Czasem próbuję rozmawiać z mężem także o nierozpakowanym obrazie i o mojej niegotowości, ale on nie widzi w tym problemu, bo sam bardzo racjonalizuje, jest poraniony i przez lata zbudował twardą zbroję, która nie dopuszcza uczuć. Przyjmuję to bez gniewu, wiedząc, że milczenie nie zawsze oznacza obojętność, a raczej bezradność wobec cierpienia, którego nie da się naprawić ani logicznie wytłumaczyć.
Sara - od razu nasuwa mi się druga część pytania, czy Ty już potrafisz takiej rozmowie sprostać?
Paulina - na początku po stracie Faustynki rozmawiałam z psychologiem i kierownikiem duchowym to bardzo mi pomogło i było potrzebnym wsparciem. Dziś widzę jednak, że coraz bardziej potrzebuję rozmowy z Bogiem i z samą sobą, takiej, która dotyka najgłębszych emocji. Pisząc o tym, płaczę, bo ta rana wciąż jest żywa i bolesna. Być może nadal nie wybaczyłam sobie do końca, może wciąż noszę w sobie poczucie winy związane z tym, że zawsze tak dużo pracowałam.
Nie wiem jeszcze, czy w pełni potrafię takiej rozmowie sprostać, ale mam świadomość, że nie jestem w niej sama. Widzę, że Jezus chce wejść w to miejsce razem ze mną, chce dotknąć tej rany, być przy mnie i ją leczyć. Ta świadomość daje mi odwagę, by się z tym mierzyć , powoli, delikatnie, mimo lęku i bólu.
Sara - człowiek to ciało i umysł. Zlepek wzajemnych współzależności. Są to procesy, które zajmują umysły naukowców od zarania dziejów. Jedne potrafimy wyjaśnić, inne nie. Twoje ciało nosiło Twoją córeczkę pod sercem i przegrało z nieporuszoną biologią. Nie zawiodło, lecz przegrało. Faustynka umarła. Chciałabym zapytać o bardzo osobisty aspekt tego doświadczenia. Czy jesteś pogodzona ze swoim ciałem?
Paulina - czy moje ciało zawiodło? Nigdy nie myślałam o tym w tych kategoriach. To się po prostu stało. Mam 41 lat, być może wiek też miał znaczenie. Bardziej niż pretensję czuję dziś wdzięczność. Za to, ile moje ciało znosi moje fanaberie, ciężkie treningi, tempo życia. Jestem wdzięczna, że stało się kołyską dla mojej Faustynki, że przez cztery miesiące mogłyśmy być jednością, blisko, razem.
Sara - jak zmieniło się twoje życie po śmierci Faustynki?
Paulina - po śmierci Faustynki moje życie na pewno się zmieniło. Pracuję mniej, a więcej uwagi skupiam na rodzinie i na byciu z nimi naprawdę. Ta strata zatrzymała mnie i dała moment na zastanowienie się nad tym, co jest dla mnie ważne, nad priorytetami w życiu. Nie jest mi łatwo przestawić siebie ani mojej rodziny na to, że żona i mama jest teraz bardziej dostępna. Każde z nich ma swoje zajęcia, swoje rytmy i czasem czuję się niepotrzebna. Ale powoli uczę się łapać te chwile być obecną, nawet jeśli są krótkie i po prostu z nimi być.
Sara - czy są momenty, w których to wciąż jest trudne?
Paulina - tak, są takie momenty i one nadal bardzo bolą. Szczególnie wtedy, gdy widzę kobiety przytulające swoje dzieci albo matki z córkami spędzające razem codzienny czas: bawiące się, robiące zakupy, czeszące włosy, strojące swoje córeczki. W takich chwilach najmocniej dociera do mnie, że ja tych prostych, zwyczajnych momentów ze swoją córką już nie będę mogła doświadczyć.
Sara - czy jest coś, czego ludzie często nie rozumieją w doświadczeniu takiej straty?
Paulina - mam poczucie, że strata nienarodzonego dziecka jest dla wielu osób „niewidzialna”. Ludzie chcą dobrze i próbują pocieszać, ale często nie rozumieją pełnej skali tej straty, bo nie ma wspólnych wspomnień, zdjęć ani historii, do których mogliby się odnieść. Dla świata to może być „ciąża, która się nie udała”, a dla matki to utrata konkretnego dziecka, relacji i przyszłości tu na ziemi, która już zaczęła się w sercu od chwili poczęcia.
Sara - co chciałabyś powiedzieć innym matkom?
Paulina - chciałabym powiedzieć innym matkom, żeby nigdy nie obwiniały się za stratę swoich dzieci i pamiętały, że miłość do nich nie kończy się w chwili odejścia. Zachęcam, żeby starały się nawiązywać z nimi więź w taki sposób, w jaki potrafią przez myśli, modlitwę, rozmowy w pamiętniku, a także przez tworzenie pamiątek, które je upamiętniają, na przykład obrazy, zabawki, pierwszą pieluszkę czy drobne rzeczy, które chcemy podarować dziecku. Po śmierci Faustynki zaczęłam pisać pamiętnik, w którym rozmawiam z moją ukochaną, ale przez jakiś czas przerwałam pisanie. Po tym wywiadzie czuję, że mam odwagę wrócić do niego, otworzyć obraz mojej córki Faustyny i pozwolić sobie jeszcze raz zapłakać nad tym bólem. Wiem, że te gesty i rozmowy dają nam bliskość. Wierzę, że nasze dzieci są blisko Boga i mogą wypraszać dla nas łaskę i zbawienie, a nade wszystko wierzę, że po śmierci ciała znów się spotkamy. Ta daje mi nadzieje…
Serwis fundacjaagnieszka.pl korzysta z plików cookies. Możesz samodzielnie określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce
Copyright by 2021 - FUNDACJA DZIECIOM Z UPOŚLEDZENIEM UMYSŁOWYM „AGNIESZKA”